Publiczność działa jak magnes

Borysewicz - CZ Janem Borysewiczem, liderem grupy Lady Pank rozmawia Istvan Grabowski

 

 

  • Najbardziej rockandrollowa kapela w kraju. Czy odchodząc z Budki Suflera miałeś przeczucie, że prawdziwa kariera dopiero przed tobą?

– Nie wiem, czy najbardziej rockandrollowa. Na pewno mocno żywotna i niezmordowana. Nie wiadomo kiedy stuknęło nam 35 lat. Dokonaliśmy w tym czasie ponad 130 nagrań. Wszystkie były dla nas jednakowo ważne i ekscytujące. Powstawały pod wpływem emocji i rozsadzającej mnie energii. W chwili debiutu Lady Pank (lato 1981 r.) nie wybiegałem zbyt daleko w przyszłość, choć już wtedy miałem ochotę grać ostro i zadziornie.

  • To się akurat sprawdziło. Trudno pomylić wasze brzmienie z jakimkolwiek innym.

– W muzyce ceni się oryginalność. Nigdy nie powielałem cudzych pomysłów. Moje riffy płynęły prosto z serca. To chyba słychać.

  • Zacząłeś od nagrań z muzykami sesyjnymi.

– Zimą 1981 r. nagrałem „Małą Lady Pank” z tekstem Andrzeja Mogielnickiego, a oficjalny debiut zespołu w stołecznym klubie Park miał miejsce pół roku później.

  • Wystąpiliście tam już z wokalistą Januszem Panasewiczem, który do dziś jest obok ciebie jednym z filarów zespołu.

– Panas, ściągnięty do nas prawie cudem z wojskowego zespołu artystycznego Desant, miał tak charakterystyczną barwę, że od początku jego głos kojarzy się z naszą kapelą. Na przestrzeni lat mieliśmy obaj dziwne przygody i nieporozumienia, ale zawsze szanowaliśmy się i znajdowaliśmy wspólny język, nawet w momentach kryzysowych. Wytrzymać ze sobą ponad trzydzieści lat i nadal chętnie współpracować to przyznasz nie lada wyczyn.

  • Fani kojarzą cię jako odlotowego gitarzystę, a ty podobno zaczynałeś przygodę z muzyką od perkusji.

– Perkusistą był mój ojciec grający w zespole jazzowym i pewnie dlatego byłem zafascynowany tym instrumentem. Próbowałem stukać, w co tylko się dało. Na gitarze grał mój starszy brat i to on nauczył mnie pierwszych chwytów. Miałem zaledwie 14 lat, kiedy zacząłem próby z gryfem. Byłem uparty. Potrafiłem oddawać się temu zajęciu przez 8 godzin dziennie. Z taką zapalczywością, że z palców ciekła mi krew. Już wtedy wiedziałem, że nic nie przychodzi łatwo.

  • Kto był twoim gitarowym idolem?

– Oczywiście Jimi Hendrix, muzyk jedyny w swoim rodzaju i nie do podrobienia. Po prostu geniusz instrumentu. Próbowali go naśladować wszyscy wielcy muzycy brytyjskiego i amerykańskiego rynku. Potem słuchałem wielu innych gitarzystów, ale pozostałem wierny charyzmie Jimiego.

  • Czy liczyłeś się kiedykolwiek z wymaganiami muzycznej mody?

– Nigdy o niej nie myślałem. Wiedziałem, czego chcę i konsekwentnie zmierzałem w tym kierunku. Moda nie miała najmniejszego wpływu na moją działalność. Lady Pank od lat ma własny styl. W przeciwieństwie do wielu grup, jakie startowały wraz z nami, nie odcinamy kuponów od zdobytej sławy. Regularnie wydajemy płyty z żywą, poruszającą muzyką. Jestem bardzo zadowolony z obecnego składu. Atmosfera panująca w zespole wszystkim odpowiada, co sprawia, że nagrywamy coraz lepsze płyty.

  • Jaka muzyka sprawia ci satysfakcję?

– Wszystko zależy od nastroju, pogody, atmosfery w moim życiu. Staram się wydobywać takie dźwięki, które są szczere, pochodzą prosto z duszy. Brzmienie Lady Pank jest moim dziełem, bo piszę wszystkie kompozycje i nadaję im charakterystyczny kształt. Kiedyś dużo ćwiczyłem z instrumentem. Potem wystarczały mi tylko koncerty, których było multum, ale od pewnego czasu znowu doskonalę warsztat. Zauważyłem, że wraz z wiekiem gra mi się coraz lepiej.

  • Miałem kiedyś okazję jeździć z wami w trasy koncertowe i to, co się na nich działo, przypominało hard core. Byliście nieustannie w oku cyklonu.

– To stare czasy. Zapotrzebowanie na koncerty sprawiało, że graliśmy trzy sztuki dziennie. Stres towarzyszący ciągłym podróżom próbowaliśmy odreagować w hotelu. Niekiedy ponosiła nas ułańska fantazja, a że wody rozmownej na wieczornych pogawędkach nie brakowało, wypływały nieplanowane, czasami spore kłopoty. Dziś jesteśmy o wiele spokojniejsi i przed koncertami odstawiamy alkohol. Wbrew temu, co o nas pisano w mediach, nie jesteśmy zwolennikami wywoływania skandali. Incydenty nie przysparzają nam ani chwały, ani fanów. Wolimy skupić się na robieniu dobrej muzyki. Od roku pracuję intensywnie nad nowymi płytami Lady i tria Jan Bo.

  • Pamiętam, że po koncertach oblegał was tłum rozemocjonowanych fanek. Jak wygląda to teraz?

– Jest zupełnie inaczej. Szał lat osiemdziesiątych, kiedy byliśmy wręcz zakładnikami fanów, dawno minął. Oczywiście, nadal przychodzą do nas ludzie, aby uścisnąć dłoń, zamienić parę słów, poprosić o autograf. Kiedyś to było szaleństwo nie do zniesienia. Byliśmy zwykłymi muzykami, a życie nieustannie narażało nas na stresy. Próbowaliśmy je różnie odreagować.

  • Doczekaliście się własnej gwiazdy na opolskim rynku. Jak to przyjęliście?

– Jako estradową nobilitację. Od tamtej pory minęło 9 lat, ale pamiętam, że był to bardzo przyjemny moment. Na festiwalu opolskim graliśmy wielokrotnie i zawsze były to dla nas bardzo sympatyczne imprezy. Przez te wszystkie lata zdobyliśmy nieprawdopodobną ilość mniejszych czy większych nagród. Nie przywiązywaliśmy do nich szczególnej wagi. Najwyżej liczyła się sympatia publiczności i tak jest do dziś. Mamy liczną rzeszę fanów i to nie tylko w kraju. Gdybyś zobaczył, jaki entuzjazm towarzyszył naszym koncertom w Londynie, Sztokholmie czy Nowym Jorku byłbyś mocno poruszony.

  • W USA graliście kilkakrotnie. W początkach kariery mieliście nawet plany nagraniowe.

– Podróż do Ameryki w połowie lat 80. była niełatwa, więc niejako z ciekawości ulegliśmy namowom menedżerów z wytwórni MCA, aby tam polecieć i wydać płytę. W 1986 r. ukazała się „Drop Everything”. Kto wie, może zostalibyśmy tam na dłużej, bo wydawcom marzyło się, abyśmy zastąpili na rynku rozwiązaną grupę The Police. Nie mogłem się jednak pogodzić z próbą ugłaskania nas i narzucenia stylu, który kompletnie nam nie odpowiadał. Lady Pank była i pozostanie formacją autorską, grającą własne kawałki. Nie łudźmy się, w USA graliśmy przede wszystkim dla polonijnej publiczności.

  • Przez twój zespół przewinęła się liczna galeria muzyków. Z kim grało ci się najlepiej?

– Najwyżej cenię obecny skład. Po powrocie z Ameryki w 1994 r. mogłem zatrudnić starych wyjadaczy, ale byłby to powrót to tego, co już przeżywałem. Zdecydowałem się na wiele młodszych kolegów i intuicja mnie nie zawiodła. To są naprawdę doskonali muzycy. Rozumiem się z nimi wybornie i nadal bardzo ich cenię.

  • Praca z własną kapelą nie przeszkadza ci udzielać się w innych projektach.

– Traktuję je jako muzyczną odskocznię. Z triem Jan Bo wydałem cztery płyty, a wkrótce wystartuję z kolejną. Dobrze pracowało mi się z Pawłem Kukizem, grupą Video, a ostatnio z Wojtkiem Brzozowskim. To świetny wokalista. Praca z nim w studiu nagrań dała mi wiele pozytywnej energii.

  • W ubiegłym roku po raz drugi w karierze wydaliście krążek z utworami w wersji akustycznej.

– Mamy szczególny sentyment do akustycznego grania. Wymaga ono co prawda więcej skupienia, ale przy tak sprawdzonych, jak my muzykach, nie stanowi większego problemu. Dlatego ulegamy chęci akustycznej przygody na scenie. Publiczność przyjmuje nas bardzo dobrze.

  • Po pięciu latach przerwy nagraliście studyjny album „Miłość i władza”, który zyskał już przychylne recenzje. Czy jesteś zadowolony z wykonanego dzieła?

– Napisałem wszystkie melodie, nad którymi pracowałem parę miesięcy, więc trudno nie odnotować satysfakcji. Nie siliłem się na eksperymenty, bo po co wyważać dawno otwarte drzwi. Kto nas posłucha, bez trudu znajdzie cechy charakteryzujące nas styl. Teksty do moich kompozycji napisali dwaj sprawdzeni na rockowej scenie autorzy: Wojtek Byrski i Bogdan Olewicz. Jestem zadowolony z ich starań.

  • Twoje piosenki mają w sobie dużo energii. Co inspiruje cię do ich tworzenia?

– To proste, ja mam dużo energii. Jestem niespokojnym duchem. Kiedy nurtuje mnie jakiś pomysł melodyczny, nie odkładam go na później. Biorę instrument i gram, choćby to był środek nocy. Zawsze uwielbiałem grać świeże utwory i to we mnie pozostało. Szykuję jednocześnie dwie płyty – solową, o której już wspominałem i kolejną dla Lady Pank. Zakładam dużą różnorodność melodyczną i brzmieniową. Posiadanie w domu studia nagrań ułatwia mi zadanie. W każdej chwili mogę sobie zarejestrować wszystko, na co mam ochotę

  • Czy klasyczny rock może być nadal atrakcyjny i twórczy dla młodego pokolenia?

– Jestem przekonany, że tak. Gramy po 15-20 koncertów w miesiącu. Atmosfera, jaka im towarzyszy, jest fantastyczna. Ludzie potrzebują takiej muzyki, choć nie ma jej teraz w programach radiowych.

  • Grałeś w wielu zespołach, uczestniczyłeś w produkcji sporej ilości płyt. Czy czujesz się muzykiem spełnionym?

– Nie odkryłem jeszcze wszystkich swoich atutów. Chodzą za mną różne pomysły m.in. zrealizowanie spokojnej płyty gitarowej na podobieństwo „Pielgrzyma” Erica Claptona. Mam na nią jeszcze czas.

 


Miałem zaledwie 14 lat, kiedy zacząłem próby z gryfem. Byłem uparty. Potrafiłem oddawać się temu zajęciu przez 8 godzin dziennie. Z taką zapalczywością, że z palców ciekła mi krew. Już wtedy wiedziałem, że nic nie przychodzi łatwo


 

  • Praca w show biznesie kojarzy się z przepływem sporej gotówki. Czy chętnie ją wydajesz?

– Nie mam z tym problemu w myśl zasady, że pieniądze przychodzą i odchodzą. Kiedyś wracałem do domu i na klatce schodowej przypomniałem sobie o urodzinach żony. Nie miałem dla niej nawet skromnego kwiatka. Natychmiast z domu zadzwoniłem do znajomego i zamówiłem dla niej samochód. Następnego dnia pod oknem stał czerwony kabriolet BMW. W tej branży przy odrobinie szczęścia można zgarnąć sporą kasę. Kiedyś oferowano mi milion złotych za granie na weselu. Jako szanujący się muzyk oferty nie przyjąłem. Teraz pewnie uważniej rozpatrzyłbym taką ofertę. W końcu to okrągła bańka.

  • Co robisz najchętniej, gdy nie musisz koncertować?

– Wolny czas najchętniej spędzam w gronie przyjaciół i znajomych. Sporo czasu pochłania mi też muzyka. Nawet, jeśli nie nagrywam, to próbuję rozwiązywać nowe symulatory w domowym studio. Nie wyobrażasz sobie, jakie może to być wciągające zadanie.

  • Czy świadomość upływającego czasu odmieniła cię wewnętrznie?

– Czas jest, co prawda nieubłagany, ale ja w ogóle nie straciłem dawniej energii. Pamiętam młode lata, kiedy po raz pierwszy dorwałem się do gitary. Muzyka kipiała wręcz we mnie. Od tamtej pory minęło dużo czasu, a ja wciąż czuję się taki podekscytowany muzyką, grą, sceną i wszystkim, co się z tym wiąże.

  • Czego potrzeba ci do pełni szczęścia?

– O szczęście trzeba walczyć, bo życie nie daje niczego w prezencie. Ludzie kojarzą powodzenie z posiadaniem gotówki. Na taką nie narzekam, ale zaręczam czytelników, że pieniądze szczęścia nie dają. Wykonywany zawód skłania mnie do ciągłych wyjazdów. Swego czasu myślałem nawet o całkowitej rezygnacji ze sceny, ale pasja jest silniejsza od mego postanowienia. Po tygodniu bezczynnego siedzenia w domu myślałem, że oszaleję. Muzyka przypomina mi narkotyk.

  • Życzę ci, zatem wielu fantastycznych doznań w studiu i na scenie.

 


Jestem niespokojnym duchem. Kiedy nurtuje mnie jakiś pomysł melodyczny, nie odkładam go na później. Biorę instrument i gram, choćby to był środek nocy. Zawsze uwielbiałem grać świeże utwory i to



Zamów prenumeratę: gospodarz-samorzadowy.pl/prenumerata
Cały tekst dostępny w wersji papierowej miesięcznika „Gospodarz. Poradnik Samorządowy”
lub na platformach sprzedaży online



Podobne artykuły

  • Słupca miastem dobrego życia

    Rozmowa z burmistrzem Słupcy MICHAŁEM PYRZYKIEM Ostatnio Polski Instytut Ekonomiczny nadał Słupcy tytuł „Miasto dobrego życia”. Co pana zdaniem na …

  • Unijne fundusze gospodarnie, czyli po wielkopolsku

    O wykorzystaniu funduszy unijnych w inwestycjach kolejowych i drogowych rozmawiamy z Wojciechem Jankowiakiem – wicemarszałkiem województwa wielkopolskiego, od wielu lat …

  • Europejski program walki z rakiem

    Adam Jarubas – dziś przedstawiam pana jako członka nowo powołanej Komisji w Parlamencie Europejskim ds. walki z rakiem. Skąd pana …